2012-03-26 13:37:57
Jeszcze dalej niż północ ?
Bez wyjątku - 21 marca każdego roku rozpoczyna się kalendarzowa wiosna. Tym razem przebiegało to tak jak powinno. Zero opadów śniegu, wszystko co miało stopnieć już dawno zniknęło z powierzchni trawników. Już parę dni wcześniej dało się wyczuć w powietrzu, że jest dobrze, wszystko idzie we właściwym kierunku. Chyba większość otaczających mnie ludzi wierzyło, że po przekroczeniu magicznej bariery przesilenia wiosennego wszystko pójdzie już z górki. Jednak wiosna potrafi być kapryśna, potrafi grać ludziom na nerwach. Czasem dochodzi do takich momentów, że gra ta przypomina całotygodniowy trening początkującego skrzypka. Tak właśnie jest teraz. Po paru pięknych i ciepłych (jak na marzec) dniach przyszedł czas na odgrywanie się na ludzkości. +4 stopnie porannego powietrza, okropny, zimny i intensywny wiatr to nie jest to, co ludzie wiosną lubią najbardziej! Szczególnie, gdy dostali już zaliczkę w postaci pięknych popołudniowych spacerów będąc ubranym tylko w cienką bluzę! W chwilach takich jak ta, ogrzewając sobie ręce za pomocą kubka gorącej herbaty, człowiek zaczyna zadawać sobie bardzo istotne w tym momencie pytanie - Dlaczego? Czemu klimat na północy Polski jest taki okropny? Zimy są tu zazwyczaj paćkowate, przedwiośnie ciągnie się w nieskończoność niosąc za sobą przeziębienia, a gdy nadejdzie upragniona wiosna, motylki rozprostują skrzydełka by romantycznie pląsać nad wyłaniającymi się z gleby trawami - robi się znowu zimno??!!?? Znane przysłowie mówi - Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal - ja niestety popełniłam ten życiowy błąd, że czytałam książki o słonecznej Toskanii, pachnącej lawendą Prowansji i innych miejscach na świecie, gdzie wiosna zachowuje się należycie. Po niezbyt długich przemyśleniach doszłam do wniosku, że w tym klimacie żyć się praktycznie nie da. Jakim cudem w tak ciężkich i irytujących warunkach rozwinęło się tu kiedyś osadnictwo? Przecież tu nawet ledwo co rośnie. Oglądałam ostatnio program, w którym pokazywano Maderę- rajską wyspę, ze sprzyjającym klimatem, gdzie rosną praktycznie wszystkie owoce jakie można sobie wyobrazić. Mało tego- na targu było z dziesięć rodzajów marakui! U nas na Pomorzu natomiast rosną głównie jabłka, gruszki i śliwki. To że rosną, nie oznacza oczywiście, że będą jadalne, gdyż ostatnie lata były takie deszczowe, że śliwki gniły zanim dojrzały, natomiast gruszek na mojej działce nie widziałam od czasu, gdy kolega o takim przezwisku przyszedł wraz z innymi gośćmi grillować. Moim zdaniem więc klimat ten zdecydowanie nie sprzyja ludzkiej egzystencji. Po namyśle i obserwacji niektórych ludzi, stwierdziłam jednak, że to ze mną jest coś nie tak. Może mam południowe korzenie i geny nie pozwalają mi o tym zapomnieć? Bo przecież gdy przychodzi lato, trwa ono z miesiąc czasu - jak dobrze pójdzie. Książkowo letnich dni są zazwyczaj niecałe dwa tygodnie. Mimo tego całorocznego, chronicznego braku ciepła, gdy wreszcie upał nadejdzie, a człowiek wyjdzie na ulicę, to z każdej strony słyszy narzekania na morderczą temperaturę (25 stopni + wszechobecny wiatr). Niektórzy mają nawet odwagę wygłaszać heretyczne stwierdzenia typu "niech to lato już się skończy"! Koleżanka nie pójdzie na spacer przed wieczorem, bo jest za gorąco! Pojechałam raz z grupą znajomych na wycieczkę do Wrocławia czerwcową porą. Było tak ciepło, że człowiek był cały mokry od samego stania, nawet najmniejszy podmuch wiatru nie poruszał rozgrzanym powietrzem. Wszyscy siedzieli na murku zrezygnowani, pijąc zimne piwo i tylko ja jedna tryskałam szczęściem i energią. Pamiętam, że to były najcudowniejsze dni całego tamtego lata, ponieważ na Pomorzu było już jak zwykle. Jakim cudem można się cieszyć z zimna? Ja rozumiem w tym momencie osoby starsze, albo ludzi otyłych, których gruba warstwa tłuszczu grzeje niczym foki, a ich ciało marzy o zanudzeniu się na 8 metrów wgłąb Bałtyku. Mama po wysłuchaniu moich rozważań stwierdziła, że inni mają gorzej - chociażby Eskimosi chodzący większą część roku w śniegu po pachy i to jeszcze po ciemku. Niby racja, ale jakoś mnie to nie przekonało. Oglądałam ostatnio bardzo fajną francuską komedię "Jeszcze dalej niż północ" (jak się trafi na wersję z odpowiednim lektorem - nie tym co tłumaczy specyficzny język północy Francji za pomocą gwary śląskiej, można się turlać ze śmiechu). Bohaterem filmu był naczelnik poczty, który pragnął zostać przeniesiony na Riwierę. By osiągnąć cel posunął się do paskudnego kłamstwa udając niepełnosprawnego. Prawda oczywiście w zabawny sposób wyszła na jaw i dyscyplinarnie przeniesiono go na północ Francji. Bohater zastanawiał się z trwogą i smutkiem gdzie dokładnie więc pytał "-do Lyon? -nie do Lyon...na północ -Paryż? -Nie do Paryża, jeszcze dalej na północ -Belgia? -Nie! Przed Belgią jest jeszcze....miasto Lille -Lille? To potworne! -Przydzielono Cię do pobliskiego Bergues, zaczynasz w poniedziałek -to niemożliwe, nie mam ciepłych ubrań!". Wyjazd na północ był więc dla niego, a także ludzi mu bliskich rzeczą gorszą niż zawieszenie i wyrzucenie z pracy. Była to okrutna kara za oszustwo jakie popełnił! A przecież Bergues jest z 10 stopni szerokości geograficznej niżej niż Gdańsk! Co by ten biedny człowiek w takim razie poczuł na myśl o przeniesieniu jeszcze dalej niż Bergues? Dla niektórych mieszkanie w takim regionie to senny koszmar, dla innych codzienność. Rodzice wspominają upalne lata `70,a teraz jest coraz gorzej. Co się stało z globalnym ociepleniem? Czemu w naszym kraju nawet to nie działa poprawnie? Póki co pozostaje mi dalej popijać gorącą herbatę i hodować rośliny tropikalne na parapecie z nadzieją, że może kiedyś....
Tagi: wiosna lato północ klimat
skomentuj (0)
2012-03-14 23:23:27
Życie jest najciekawszą powieścią
Od niepamiętnych czasów dużo czytałam. Popadłam w specyficzną formę literackiego nałogu, polegającą na tym, że ciężko jest mi zasnąć, bez zagłębienia się w lekturze chociaż na parę minut. Czasami ogarnia mnie wielki smutek, z lekką dozą paniki, ponieważ na świecie rocznie produkowane są setki ciekawych książek, a mamy 2012 rok....ileż to wartościowych książek zostało stworzonych do tej pory, a ja przeczytałam ich jeszcze tak niewiele. Czasem żałuję, że nie potrafię czytać jednej kartki w sekundę, choć z drugiej strony ogromną przyjemnością i czynnością relaksacyjną jest zagłębienie się w miękkich poduszkach kanapy w różowe kwiaty i oddanie się spokojnemu i powolnemu delektowaniu się lekturą. Jednak przeglądając strony mojego ulubionego internetowego serwisu dla miłośników czytania, bądź sprawdzając nowości i przedsprzedaże Empiku zaczynam zdawać sobie sprawę, że nie sposób jest przeczytać wszystkiego, co by się chciało. Rzesze autorów cały czas wytężają umysły, by stworzyć kolejne wciągające powieści. Nie jest istotne czy są to dramaty, historie obyczajowe, humorystyczne, literatura grozy czy kategoria romansów i książek na obcasach. Nie ważne, czy bohaterami są ludzie dręczeni życiowymi problemami związanymi z rodzinnymi tajemnicami i dramatami, sprytni detektywi i niemający z nimi szans przestępcy, czy piękne i młode kobiety zamieszkujące luksusowe apartamenty na Park Avenue, których jedynym problemem jest wepchnięcie się na wizytę do fryzjera gwiazd, do którego zapisy należy dokonywać z rocznym wyprzedzeniem. Wszystkie książki opisują różne historie. Zdarzają się oczywiście powielane schematy, jak chociażby modny ostatnio trend porzucania dotychczasowego życia w biegu, w obskurnym i dusznym od spalin mieście, by przenieść się do zrujnowanej wiejskiej posiadłości na południu Europy, koniecznie z przyległym gajem oliwnym, albo sadem cytrusowym. Jednak każda historia ma w sobie coś, co wyodrębnia ją od innych. Może być mało ciekawa, denerwująca, jednak mimo wszystko została przez kogoś wymyślona. Teraz trzeba sobie zadać najważniejsze pytanie...mianowicie : skąd ludzie czerpią pomysły na te wszystkie opowieści, które przelewają na karty książek?? Podziwiam szczerze Agathę Christie, która wyprodukowała ogromną ilość kryminałów, z których większość jest wciągająca i dość pasjonująca, a każdy jest odrębny, inny od innych. Domyślam się, że głównym czynnikiem sprawczym była tu bogata wyobraźnia autorki. Jednak czasami wyobraźnia nie wystarczy. Nie każdy też ma ją aż tak mocno rozbudowaną. A nawet jak jest ona niczego sobie, to czasem brakuje czynnika, który pomoże zacząć. Najtrudniej jest wymyślić dobry temat i plan, reszta zapewne jakoś już idzie. Tylko w jaki sposób u tych wszystkich pisarzy świata w głowach generowały się pomysły? Przyznam szczerze, że zafascynowana tym pytaniem sama postanowiłam napisać powieść. O dziwo, gdy zaczęłam myśleć o temacie, zaczął mi się on automatycznie tworzyć w umyśle. Ewoluował, aż w końcu wymyśliłam ogólny plan całości. Zebrałam myśli w logiczną całość. Boję się, że powieść ta będzie nieco banalna, ale z drugiej strony czy wszystkie książki muszą być wzniosłe i poważne? Oczywiście praca nad powieścią idzie tak wolno, że raczej prawie stoi w miejscu, poruszając się zaledwie o parę kroczków od czasu do czasu. Największą trudnością jest wymyślenie drobnych historii bocznych, tych które nie są głównym tematem treści, niemniej tworzą obraz bohaterów i ich codzienności. Chodzi o te drobnostki, którymi należy zapisać karty, by książka była ciekawsza i bardziej złożona. Starając się rozwiązać problem, zaczęłam zastanawiać się nad kwestią odnalezienia natchnienia. Skąd czerpać pomysły? Ponownie odpowiedź na nurtujące mnie pytanie nasunęła się poniekąd sama. Wystarczyło wsłuchać się w opowieści koleżanek przy kawie. Każda ma swoje odrębne życie, własne problemy, radości. Każda z tych osób idzie inną drogą. Każda przekazała mi w tych kawowych oparach swoją pasjonująca i wciągającą historię. Gdy zaczęłam się nad tym zastanawiać, stwierdziłam, że nikt nie wymyśla lepszych historii niż życie. Tak więc rozwiązanie problemu braku weny jest banalne, wystarczy wsłuchać się w to co mówi otaczający nas świat, skupić się na tym, nie pozwalając by coś nam umknęło. Mam nadzieję, że gdy w końcu uda mi się przysiąść do pisania, kiedyś dokończę to, co usilnie staram się rozpocząć. Może spotka mnie dodatkowo szczęście, jeśli ktoś po przewróceniu ostatniej kartki zamknie moją książkę i pomyśli "właśnie poznałam/łem kolejną ciekawą historię".
Tagi: książki opowieści czytanie
skomentuj (0)
2012-02-16 21:06:32
Księżniczki zawsze noszą rozmiar 34
Przeczytałam kiedyś, że żeby poczuć się szczęśliwym trzeba stawiać sobie na co dzień drobne cele. Dzięki temu satysfakcja będzie może i mniejsza niż po jakimś większym osiągnięciu, ale łatwiejsza i szybsza do uzyskania. Spełniając często malutkie pragnienia można dzień za dniem żyć pozytywnie. Moim ostatnim maluteńkim celem było pójście do kina. Nie na tradycyjny film, tak jak zawsze....bardzo chciałam pójść na "Piękną i Bestię", którą odnowili w formacie 3D. Kreskówka nie jest standardowym seansem dla dorosłych i wielu ludzi z tego sztywnego gatunku reagowało na pomysł śmiechem. Na szczęście są na tym świecie osoby, które tak jak ja chciały się przenieść w magiczny świat dzieciństwa, magii, pięknych księżniczek i wielkich zamków,w których mieszkają książęta. W powszechnej opinii społecznej, jak ktoś skończył dość dawno temu 18 lat to upoważniony jest głównie do oglądania dramatów, bajki traktując z pogardą, jako rozrywkę dla małych dzieci. Jednak klasyczne bajki Disneya z dobrymi księżniczkami i przystojnymi książętami mają w sobie coś ponadczasowego. Wciągają miłośników gatunku w każdym wieku. Nie są to tylko puste obrazki mające zająć maluchów i zapełnić im sieczką małe czaszeczki. Te bajki mają to coś, mają przesłania i dużą moc, wpływając moim zdaniem na późniejsze życie tych bardziej podatnych na to osób. Inaczej się oczywiście odbiera tego typu obraz będąc dzieckiem, inaczej w życiu dorosłym. Innymi słowy małe dziewczynki oglądajac bajkę zwracają uwagę na rzeczy zupełnie inne niż dziewczynki duże. Kiedyś strasznie martwił mnie los pokrzywdzonych bohaterów, gnębionych przez czarne charaktery, wielką ulgę czułam jak wygrywało dobro i wszystko dobrze się kończyło. Teraz te sprawy też mnie dotknęły, ale poza tym pojawiło się w mojej głowie nieco więcej spostrzeżeń. Po pierwsze, poprzez bajki, już w małych dziecięcych główkach kreowana była wizja idealnej kobiety i idealnego mężczyzny. Wiadomo, że zarówno ona jak i on muszą mieć dobre serca, być szlachetni, odważni, żeby nie bać się stawić czoła złu. Muszą mieć też umiejętność zakochiwania się na zabój od pierwszego wejrzenia i dobre maniery...skoncentrujmy się więc na wyglądzie. Młode, ładne dziewczyny w bajkach Disneya prawie zawsze maja dłuuugie, gęste włosy. Na szczęście rysownicy w tej wytwórni zadbali, by żaden odcień nie został pominięty. Dzięki temu nie tylko blondynki mogą utożsamić się z księżniczkami. Pocahontas, Królewna Śnieżka i Mulan były brunetkami, Mała Syrenka miała na głowie ognistą czerwień, natomiast Bella miała brązowe, nie przesadnie długie włosy. Z tą ostatnią bohaterką najbardziej się utożsamiam, może dlatego najbardziej lubię właśnie tę bajkę spośród disneyowskich klasyków. Wszystkie dziewczyny są ładne, mają duże oczy- na szczęście nie tylko niebieskie (tu znowu ukłony dla wytwórni Disneya). Nie zauważyłam też, żeby jakakolwiek księżniczka była otyła. Siedząc w kinie rozmyślałam nad zgrabną sylwetką tańczącej w żółtej sukni balowej Belli. Koleżanka siedząca obok podsumowała to mówiąc, że "księżniczki zawsze noszą 34". Nieco mnie to zmartwiło, gdyż mimo tego, że jestem bardzo szczupła, w taki rozmiar już się nie wcisnę. Po chwili naszła mnie dodatkowa refleksja, że rozmiar 34 nie wystarczy, bo trzeba mieć jeszcze maksymalnie 55 cm w pasie. Wszystkie disneyowskie kobiety mające uchodzić za ładne mają także dość obfity biust, w porównaniu do możliwości ich sylwetki, nieraz doskonale podkreślony strojem. Dziś sama złapałam się na tym, że chciałabym tak wyglądać! Przez moment miałam ochotę nawet sama się tak zachowywać...to jednak chwilowo minęło w obliczu zetknięcia z komunikacją miejską. Natomiast do tej pory wiele bym dała by móc przejść się dostojnym krokiem po pięknej sali balowej zamku w ślicznie skrojonej sukni (niekoniecznie żółtej. Koleżanka stwierdziła, że żółć już nie jest modna. Nawet jeśli by była to i tak niezbyt pasuje mi do urody).
Chciałabym teraz krótko nawiązać do książąt z bajek. Podczas gdy księżniczki Disneya już od najmłodszych wyrabiają w dziewczynkach chęć naśladowania pod każdym względem, książęta są z wyglądu dość kiepscy. Mają zazwyczaj urodę dość ...kwadratową. Kwadratowe rysy twarzy, obowiązkowo z mocno zaznaczonymi kośćmi żuchwy, szerokie barki, mało cech, które by ich znacząco wyróżniły między sobą. Osobiście muszę stwierdzić, że pan Bestia był słodszy i fajniejszy pod swoją futrzaną postacią, niż po zmienieniu się w księcia. Pozytywną rzeczą jest to, że królewicze z bajek mają ładnie rozbudowane mięśnie. Może dlatego kobiety podświadomie mruczą na myśl o dobrze zbudowanych mężczyznach (oczywiście sylwetka musi być rozbudowana w rozsądnej dawce). Same z koleżanką zdziwiłyśmy się na widok potężnych mięśni łydek księcia, ktory wyzwolił się ze złego uroku tkwienia w ciele bestii. Małe dziewczynki pewnie nie zwróciłyby na to uwagi, więc teoretycznie podkreślanie ładnej męskiej budowy nie ma najmniejszego celu. Jednak okazuje się, że obrazek ten na długo pozostaje w nieświadomej niewieściej głowie. Podsumowując, dobrze jest obejrzeć po latach tradycyjną, ulubioną bajkę, by uświadomić sobie etymologię swoich męśkich, ale także i kobiecych ideałów.
Tagi: księżniczki książęta disney ideały
skomentuj (0)
2012-02-12 21:49:31
Bojkot Walentynek
Ostatnio, idąc ulicą, nie sposób nie zauważyć wystaw sklepowych, czy bilboardów ozdobionych masą czerwonych serduszek, czerwonych ust...wszystko jest tak wyraziście czerwone, że wygląda jakby ociekało hektolitrami krwi. Widząc te sklepowe witryny kątem oka, można by pomyśleć że przechodzi się przez długą aleję sklepów mięsnych, a nie obuwniczych, drogerii, czy nawet fryzjerów. Czerwony od zawsze był moim znienawidzonym kolorem. Pierwotnie nienawiść ta spowodowana była prawdopodobnie tym, że od momentu, gdy umarł mój wujek z Wielkiej Brytanii i przestałam dostawać paczki z całą masą ślicznych ubranek dziecięcych w pastelowych kolorach, zaczęła się smutna era odzieżowego komunizmu. Komunizm w dosłownym tego słowa znaczeniu trwał wtedy faktycznie, ale nawet jak się skończył era odzieżowego komunizmu trwała w mojej garderobie jeszcze długie lata. Już samo słowo "KOMUNIZM" wszystkim powinno kojarzyć się z kolorem czerwonym. Już za to barwa ta powinna być przez wszystkich znienawidzona. Choć pomimo tego, w czasach mojego dzieciństwa chodziło mi o coś zupełnie innego. Przez całą podstawówkę byłam zmuszona ubierać się w czerwone rzeczy. Przyczyną tego stanu był fakt, że w sklepach spodnie i bluzy dla dzieci były szaro-bure, ciemno zielone, albo czerwone. Dla dziewczynki najlepszym odcieniem był prawdopodobnie ten ostatni z wymienionych. Dlatego, z wyższej konieczności i upośledzenia naszego kraju byłam tym kolorem katowana od wczesnej młodości. Gdy w sklepach w końcu zaczęły pojawiać się też rzeczy w innych barwach, można by pomyśleć że 'czerwony problem' przestał istnieć. Nic bardziej mylnego! W tym momencie, z za oceanu, jak w czasach nowożytnych choroby weneryczne, przybyła do Europy moda na obchodzenie Walentynek! Od tego momentu do połowy lutego wszystkie miejsca publiczne ociekają czerwienią. Prawdopodobnie wielu ludziom kojarzy się to z romantyzmem, miłością itp. Niestety nie wszystkim. Jest na naszym kontynencie paru dziwolągów, których można by określić mianem 'walentynkopatów'. Ludzie ci nie rozumieją co może być romantycznego w masowym okazywaniu sobie uczuć akurat tego jednego dnia. Czy nie było by o niebo przyjemniej iść do kina w jakiś inny dzień, cieszyć się spokojem, swobodą, zamiast ściskać się w kolejce do sali projekcyjnej z milionem innych par? Czy ktoś pomyślał, ile tego dnia biednych kwiatków męczy się leżąc na podłodze i czekając, aż ich właścicielki obejrzą w ścisku romantyczny film, poczym udadzą się na romantyczną kolację ze swoim wybrankiem zanim umieszczą je w wazoniku z życiodajną wodą? Tak...są na tym globie ludzie, którzy czują się kretyńsko spożywając w restauracji kolację z drugą połówką w walentynkowy dzień. Niemal słyszą wtedy myśli kelnerów, szydzących z klientów walczących o ostatni dwuosobowy stolik. W normalny dzień można go spokojnie dostać bez pojedynku, można spokojnie zamówić danie i nie czekać na nie do północy. Można siedzieć w restauracji nie czując na sobie gorącego spojrzenia innych ludzi, czekających na stolik, widzących że dwójka ludzi już skończyła pałaszowanie i zamiast im go zwolnić oddaje się rozmowie. Jakie życie miłosne jest w gruncie rzeczy spokojne i miłe bez obchodzenia Walentynek! Nie trzeba robić tego co wszyscy robią w tym samym czasie co wszyscy! Zadziwiającym faktem jest , iż masa ludzi na całym świecie nie widzi, że nie ma nic romantycznego w dniu, który uważa się za najbardziej romantyczny w roku. Jednak wielu 'walentynkopatów' jest w gruncie rzeczy normalnymi ludźmi. To, że nie znoszą czerwonej popisówki nie oznacza, że nie cenią sobie romantyzmu. Jest to wtedy romantyzm spokojny, nie wymuszony przez opętane czerwienią społeczeństwo. Można się nim wtedy delektować. Dowodem na pragnienie romantyzmu są chociażby filmy i książki. Po obejrzeniu naprawdę dobrego filmu, czy przeczytaniu cudownej, nie przesadzonej w swojej treści książki pozostaje błogie uczucie radości. Cudownie jest zamknąć książkę po przeczytaniu ostatniej strony, podnieść wzrok, głęboko westchnąć i oddać się marzeniom. Wtedy spływa na człowieka nowa nadzieja, że może jemu też dostanie się porcja romantyzmu połączonego z ekscytacją, dreszczykiem emocji, tak jak u bohaterów opowieści. Tyle zostało wydanych pięknych romantycznych powieści, tyle nakręcono filmów, które wywołują łzy wzruszenia, szczęścia i zazdrości, a zdecydowana większość tych akcji wcale nie odgrywała się w dzień Walentynek, co dodatkowo świadczy o beznadziejności i niepotrzebności tego dnia. Po co je obchodzić, skoro dzień ten nie emanuje magią, nie powoduje, że człowiek czuje się przerażająco szczęśliwy i aż lekki od masy pozytywnych emocji? A najpiękniejsze wspomnienia dwojga ludzi...czy wiążą się w pierwszej kolejności z TYM dniem? Nie! Dla jednych jest to ławka w parku w środku lata, dla innych kolejka w supermarkecie, gdzie poznali swoją miłość życia. Wyższość nad Walentynkami ma każdy zwykły dzień, który przy odrobinie chęci i szczęścia można zmienić w jeden z najpiękniejszych dni w życiu.
Tagi: walentynki
skomentuj (0)
2011-12-19 23:19:11
Marzenia o podróżach
Marzenia, a pory roku...a może wiele marzeń, a wspólny ich mianownik? Zima...pora roku uwielbiana przez niektórych, znienawidzona przez kierowców i osoby negatywnie nastawione na brak dostatecznej ilości słonecznego światła i poprawiającego nastrój letniego ciepła. Długie wieczory spędzone w domu, z kubkiem gorącej herbaty z zebranymi w lecie z działki malinami...czy to nie cudowny opkres na snucie marzeń o czymś klimatycznym, przyjemnym, aromatycznym? W momentach, gdy za oknem szary brud, kolory natury zostały wypłukane, albo gdy śnieżyca zasłania swym gęstym płaszczem jakąkolwiek widoczność- myśli odbiegają do cudownych wyobrażeń, imponujących swym pięknem i potęgom gór. Wśród czystych, śnieżnych zasp widzę wtedy małe, urokliwe miasteczko, domy z drewna, podmurowane kamieniem, o którym w tym momencie wie się tylko z opowieści, gdyż przysłonięty jest wysokimi warstwami śniegu. Na uboczu górskiej osady przytulny hotelik, zarówno na zewnątrz jak i w środku cały z drewna, ogień w kominku ogrzewający strudzonych wędrowców, umilających wieczory mieszkańcom. Wszędzie unosi się zapach pieczonych w karmelu jabłek. Dnie spędzone na zimowym szaleństwie z grupą najwspanialszych przyjaciół na świecie. W takich momentach reszta świata by nie istniała....aż do wiosny. Wiosną wszystko rodzi się na nowo, natura znów maluje swoje kreacje intensywnymi barwami. Jest to czas kiedy ponownie można wyczuć świeże i intensywne zapachy otaczającego nas świata. Gdy za oknem wiosenna plucha, bądź słońce nakłania rośliny do powstania, myśli uciekają hen do dalekiej krainy, gdzie wszędzie rosną koniczyny, gdzie wśród bezkresnych pól podobno biegają niewielkie skrzaty, a wszyscy szukają garnca złota na krańcu tęczy- choć nikt się do tego jawnie nie przyznaje. W tym okresie chciałoby się zrzucić ciężkie ubrania, biegając po bezkresnych zielonych równinach poczuć się wolnym, wieczorami degustować bursztynowy nektar wśród wesołego grona tubylców, aż do samego lata! Latem człowiek wręcz pragnie poczuć przyjemne ciepło promieni słońca na swojej skórze. Nie zawsze jest to w naszym klimacie do spełnienia w takich dawkach, jak by się tego chciało. Dlatego leżąc na lokalnej plaży można pogrążyć się w marzeniach o dzikich krainach, gdzie ciepło nigdy nie przemija, gdzie trzeba się przed nim nieraz chronić. Wtedy marzę o konnej przejażdżce wśród plantacji kawy, o odwiedzeniu środowiska, w którym żyją prawdziwe dzikie zwierzęta, o obudzeniu się rano i spojrzeniu za okno na zupełnie nowy dla mnie, egzotyczny widok. Gdzieś tam na horyzoncie widzę wznoszący się ponad wszystko zaśnieżony wierzchołek Kilimandżaro. Tam liście z drzew nigdy nie opadają na jesień. U nas natomiast jest to nieodwracalna kolej rzeczy. Znowu zaczyna brakować życiodajnego światła, ciepła. Nie pozostaje nic innego jak marzyć o zaszyciu się w małej chatce w środku lasu nad naszymi pięknymi jeziorami. Jak pięknie byłoby obserwować co rano z bliska zmieniającą się naturę, godzinami chodzić po lesie, podziwiać zachody słońca nad taflą jeziora. Wieczorami rozpalać ognisko wysokie do samego nieba i powoli wyczuwać coraz chłodniejsze powietrze zwiastujące nadejście zimy. Tak...zdecydowanie moje marzenia nieustannie krążą wokół podróży, poznawania świata, jego specyfiki, różnorodnych kolorów, intensywnych zapachów!
skomentuj (0)
2010-02-05 19:52:08
Podróż w nieznane
Niebawem nadejdzie dzień, którego obawiam się od ostatnich 2 tygodni. Czas zapakować w śliczną różowa walizeczkę mnóstwo najpotrzebniejszych i niezbędnych rzeczy, czas naładować wszelkie możliwe aparaty fotograficzne, czas spakować prowiant i wsiąść do pociągu! Na całe 5 dni, do obcej, nieznanej, odległej o ponad 5 godzin drogi Stolicy! Strach człowieka ogarnia na myśl o tych wszystkich instytucjach do odwiedzenia. Złowrogie, obce biblioteki, które trzeba odwiedzać z nadzieją, że znajdzie się coś co sprawi że z radości szybciej zacznie bić serce. Mam misję, niemal jak Indiana Jones albo moja ukochana Lara Croft-pełną emocji i tajemnic! Muszę buszować w tajnych składowniach wiedzy magicznej w poszukiwaniu zaginionych elementów i znajdować odpowiedzi na przeróżne zagadki! Ale poza tym są przecież w Warszawie jeszcze jakieś inne pozytywne elementy...chyba;) Mimo, że jest zima = jest zimno, mimo, że szybko się robi ciemno, mimo że ulice są całe zapaćkane pośniegową breją wymieszaną z solą i piaskiem, mimo że będę chodziła tam z ciężkim plecakiem załadowanym po zamek niezbędnymi edukacyjnymi i żywieniowymi akcesoriami. Ale co to dla Lary Croft! Nie takie rzeczy się robiło. Przede wszystkim można zrobić pełno zdjęć, żeby potem z uśmiechem na ustach udokumentować wyprawę mówiąc że było fajnie. No bo w sumie wszyscy ostatni tydzień ferii siedzą w domach, nudząc się, nie przeżywając zadnych przygód poza osiągnięciem kolejnych etapów w FarmVillu, albo zabijając Niemców w amerykańskich strzelankach, a tak można pozwiedzać, zobaczyć wielka aglomerację, pooglądać i pobyć w miejscach, które do tej pory widywało się głównie na romantycznych komediach i w serialach TVNu. Zdecydowanie trzeba odwiedzić pomnik socjalizmu w postaci Stalinowskiego Pałacu Kultury, trzeba sprawdzić, czy na pewnym rondzie stoi jeszcze dziwaczna, pokraczna palma, którą widziałam będąc tam na wycieczce szkolnej w 1 klasie liceum ( swoja drogą wtedy to był cudowny wyjazd:D ), trzeba stanąć na Moście Świętokrzyskim i wczuć się w rolę Judyty, wypatrującej swego ukochanego Adama, w wielkiej niepewności , czy aby zdążył odsłuchać na sekretarce wiadomość od niej informującą o braku paliwa na środku drogi!! Zdecydowanie to wysuwa się na pierwszy plan podróży…no i koniecznie trzeba ten moment uwiecznić fotograficznie. Następnym przystankiem będzie zwiedzenie Muzeum Teatralnego, którego mam nadzieję nie ominąć. Potem Złote Tarasy…ahhhhhh… to nie wymaga żadnego komentarza i a nuż zobaczę prawdziwe egzemplarze galerianek w swoim naturalnym środowisku łownym ! (Jak tak…sfotografuję ) Dodatkowo obiecałam przyjaciółce informować ją o każdych napotkanych sławnych osobistościach :P No i niepowtarzalne przeżycia związane z podróżą najprawdziwszym na świecie metrem! Choć nadal wolałabym doświadczać tego bez grubych puchowych kurtek, ciężkich butów, czapek, szalików, rękawiczek, elektryzujących się włosów i innych niewygodnych zimowych rzeczy. Wszak w iejskiej dżungli wygodniej byłoby w oryginalnym stroju Lary w postaci bluzki na ramiączkach i krotkich spodenek, z wygodnymi butami i małym tobolkiem na plecach. Na wycieczce klasowej zwiedziło się sejm, zrobiło się zdjęcie przy samochodzie TVNu, odwiedziło się wystawę dzieł Picassa w Muzeum Narodowym, a potem w trzecim rzędzie oglądało się „Kartotekę” na deskach Teatru Wielkiego. Dodatkowo obiad w postaci cheeseburgera w warszawskim McDonaldzie i naśmiewanie się z buraków z Wawy- to były czasy. Tak…zdecydowanie tą podróżą nie można popsuć pozytywnych wspomnień związanych z odwiedzaniem tego miasta. Musi być fajnie! Bo teraz z racji dłuższego czasu trwania wyjazdu będzie zdecydowanie bardziej intensywnie, zdecydowanie wiecej szczegółów i tajników stolicowego świata zostanie odkrytych, odwiedzi się „wielki świat” żeby wrócić do tego swojego mniejszego z uśmiechem na ustach --> :-))))))
…………..To be continued…..
skomentuj (0)
2009-12-27 16:42:07
Poświąteczność
Syndrom świąt polega głównie na tym, że w momencie chronicznego braku ruchu, przyjmuje się do organizmu ogromniaste pokłady pożywienia, co powoduje chwilową otyłość, szczególnie w okolicach brzusznych. Wskazane jest noszenie spodni umocowanych na elastycznej gumce na biodrach, gdyż przesunięcie guzika jeansów wiązałoby się z koniecznością wyznaczenia mu nowego punktu docelowego poza granicami odzieży. Mimo uczucia przejedzenia do organizmu dostarczane są coraz to nowe porcje świątecznych rarytasów, bo przecież nie można dopuścić, żeby te pyszne ciasteczka orzechowe, które wytrwale piekłam na ową okoliczność się zmarnowały (od momentu zakupienia Bendera umożliwiającego całkowite rozdrobnienie orzeszków włoskich w czasie 3 sekund na szczęście nie trzeba już trzeć tego głównego produktu owych wypieków na tareczce. Dzięki temu wszystkie palce zachowują swoją standardową objętość). W Święta wszyscy domownicy siedzą na obranym wcześniej miejscu, z umownie ustalonym aktem jego własności … na określony czas. Każdy robi się tak leniwy, że nawet przyciśnięcie guzika zmiany kanału w pilocie staje się nie lada przedsięwzięciem! Telewizor okazuje się być jednym z nielicznych obiektów dostarczających całej rodzinie, z wyjątkiem psa, rozrywki. Pominąć oczywiście należy fakt, że oferowane przez 33 programy dostępne w osiedlowej telewizji filmy, teleturnieje, seriale i talkshowy byłyby w normalnych okolicznościach nie do oglądania. Ratunkiem jest w tym momencie dobra książka, w której można się zagłębić i zatracić, totalnie zrywając kontakt z rzeczywistością. No ale niestety jest to kolejna pasywna świąteczna czynność. A po drugie po paru godzinach wytężania wzroku i ścierpnięciu pewnych części ciała trzeba na jakiś czas wrócić do rzeczywistego świątecznego świata i np. na chwilę wstać. Choć w zasadzie nie wiadomo w jakim celu.
Oba te źródła rozrywki nie zadowalają oczywiście nadaktywnego psa, maści posokowcowo bawarskiej, z P(sim)ADHD znajdującym się na najwyższym poziomie rozwoju. Działający na najnowszej generacji baterie słoneczne, księżycowe a być może pobierający energię także z blasku światełek choinkowych pies pragnie być upierdliwym. Pragnie wtykać ludziom pod nosy, albo w ogóle gdziekolwiek skrawki fioletowej gumy i strzępki czerwono-żółtej materii jakie pozostały po jego gwiazdkowych prezentach. Po paru godzinach zabawy owymi akcesoriami, do których dochodzą także ręczniki, ukradzione ścierki kuchenne oraz śmierdzący granatowy kocyk, każdy członek rodziny marzy o szybkim skonstruowaniu wyrzutni piłeczek tenisowych. Jednak święta Bożego Narodzenia są zdecydowanie niezbędnym okresem w roku, jednym z najmilszych i najważniejszych, posiadającym swój nieodparty urok i czar. Lenistwo jest wtedy całkowicie usprawiedliwione i konieczne. Wypracowane w tym czasie 3 dodatkowe kilogramy i tak znikną w przeciągu 3 następnych dni (przynajmniej u mnie:P) więc nie ma co narzekać.
Zdecydowanie gorzej jest w okresie zwanym potocznie międzyświątecznością. Znika protekcja tradycji i świąteczności nad lenistwem, co nie równa się wcale ze zniknięciem samego lenistwa. Ludzki umysł zaczyna być nawiedzany przez okrutne i dręczące widmo notatek z historiografii, koła z historiografii, albo czegoś tak przerażającego jak magisterium. Ów demon konieczności przedsięwzięcia czegoś konstruktywnego zyskuje dodatkowo na swej tyranizującej sile w zetknięciu z faktem, że czas wolny nie jest wykorzystywany na absolutnie żadną, nawet najmniej potrzebną czynność. Wyjście z domu grozi głęboką depresją z powodu szarości, burości i brudności jaka pozostała po niedawnych roztopach. Zdecydowanie jak już będę duża i bogata, zorganizuję sobie święta w szwajcarskim kurorcie otoczonym górami, z ciągle sypiącym śniegiem, gromadzącym się w postaci metrowych, nieskazitelnie białych zasp. Brak chlapowatości, wilgotności zimnego, paskudnego powietrza i umieszczonych na chodnikach (i w niektórych zagłębieniach terenu) czarnych, błotnistych kupek będących niegdyś śniegiem zdecydowanie bardziej skłaniałby do ubrania grubych butów z wielbłądziej wełny i wydobycia się na przechadzkę. Już słyszę moimi uszami wyobraźni skrzypiący pod nogami śnieg, już widzę porażający blask odbijanych od niego promieni górskiego, świetnie opalającego słońca! Ruch poświąteczny, czerwony nos i policzki na szczęśliwej mordce i piękne krajobrazy. Korzystanie z dobrodziejstw natury uwieńczone zostałoby powrotem do swojego górskiego lokum, spowitego miliardami świątecznych ozdób i światełek, które otaczałyby każdy skraj murów, wszelkie słupy i filary, drzewa i w ogóle wszystko. W tym momencie pojawia się retrospektywna wizja zauważonego niegdyś w jednej z nieżyciowych gazet odkrytego basenu z gorącą wodą. Umieszczony oczywiście na dworze, lecz zdecydowanie nie wymagający odzieży puchowo-kożuchowej. Gorąca woda, której para wzbija się na pół metra w górę mieszając się z zimnym i czystym powietrzem całkowicie zachęcała do nauki pływania:)
Cała ta idylliczna wizja …. zamazuje się aktualnie z powodu zimnego mokrego psiego nosa trzymającego w mordce czerwono żółty skrawek, będący jeszcze 2 dni temu nowym frisbie…. czyli pozdrowienia od Śmastorka :)i Wesołego Poświęcia !!
Tagi: boże narodzenie
skomentuj (0)
2007-12-21 21:55:59
1000 wieków miłości
Niby dotyka w końcu każdego, niby była jest i będzie obecna w naszym życiu. Ale czy zawsze była taka sama? Czy kiedyś było lepiej? Przez epoki następował postęp technologiczny, naukowy, wszystko idzie do przodu. Tylko czy zawsze zmienia się na lepsze? Początek wszystkiego zaczyna się w dzikiej i nieodgadnionej prehistorii, czasie kiedy ludzie dopiero uczyli się jak napalić sobie w jaskini, jak upiec udziec mamuci, odkrywali znaczenie koła, uczyli się nawiązywać podstawowe stosunki międzyludzkie. Był to czas, gdy nie wynaleziono jeszcze wielu przydatnych rzeczy. Nie było pisma.Nie był szamponów ani fryzjerów. Ludzie wyglądali bardzo pierwotnie, tak samo się zachowywali. Czy w takich warunkach jest miejsce na miłość? Co jak co, ale tą epokę pominiemy, nie chciałabym w niej żyć.Pan archeolog dał mi dał mi filmik edukacyjny na ten temat i tam chyba miłość dopiero kiełkowała. Przejdźmy więc do momentu kiedy to mężczyźni zrozumieli, że kobieta też jest człowiekiem :)
Starożytność - okres kiedy było już koło, ludzie potrafili pisać (bo od tego momentu zaczyna się historia). Starożytny Rzym, Grecja, Mezopotamia... no i fajnie. Nareszcie zaczyna się to rozwijać. Miłość staje się prawdziwym uczuciem. Niekiedy powoduje, że człowieka rozpiera radość, niekiedy smutek. Jak dziś. Powstają piękne poematy. Katullus w swojej poezji wzdycha do Lesbii- wybranki swego serca. Potem jednak zaczyna pisać utwory typu "kocham i nienawidzę". No cóż, czyli w Starożytności miłość także była okrutna. Lesbia okazała się nie być tą pisaną Katullusowi. Zdarzała się także gorąca miłość podgrzewana żarem piasków Egiptu, jaką żywili do siebie Kleopatra i Marek Antoniusz. Niestety i tu efektem końcowym było cierpienie. Śmierć wielkiego wodza i polityka rzymskiego. No ale na pewno zdarzała się jakaś miłość szczęśliwa:) Tylko te wypadki nie były akurat zbyt często opisywane. Zostawmy więc epokę wielkich kultur, świetności i względnej czystości. Przenieśmy się w zimne i ponure średniowiecze. Brud, syf, choroby, wilgoć. Jednak w zimnych i mokrych zamczyskach miłość kwitła. Księżniczki w swych wieżach wzdychały do książąt na białych rumakach, którzy potrafili się dla nich poświęcić zabijając smoka, walczyć z konkurencją, nie poddając się mimo wszelkich trudności. Kochali się niekiedy mimo przeciwności losu niczym Tristan i piękna Izolda. Czy dziś zdarzają się jeszcze tacy waleczni rycerze? Prawdziwi książęta z bajek gotowi walczyć o uczucie i nie poddawać się po pierwszej trudności w zdobyciu serca wybranki? Zdarzały się też miłości niemoralne, jak zakonnika do pięknej niewiasty z pobliskiej wioski. One były wyjątkowo silne i namiętne z racji zakazu. Chociaż zazwyczaj nie kończyły się najlepiej. Zostańmy przy tym, że księżniczki i ich dzielni książęta żyli długo i szczęśliwie. Pozostańmy przy wniosku, że tamta epoka, mimo swojej zgnilizny i ochydności była jednak pełna miłości, poświęceń i romantyzmu. Zostawmy w cieniu te nieudane miłości, jak niespełnione uczucie królowej Jadwigi i Wilhelma Habsburga, które zostało przerwane okrutnie, ze względów politycznych, pojawieniem się nijakiego księcia litewskiego Jagiełły. Z resztą i tak umarła przy porodzie w kwiecie wieku:P Nie wiem czy dla przeżycia takiego rodzaju miłości, z rycerzami przemierzającymi do swej lubej białogłowy 7 gór i 7 mórz warto by było umrzeć potem na czarną ospę w jakichś lochach, ale sam jej fakt, w przełożeniu na współczesne realia byłby wielce wskazany. Ze Średniowiecza czas przejść do epoki Renesansu. Odrodzenie kulturalne Europy, czas wielkich odkryć geograficznych, technicznych. Po zastosowaniu przez Gutenberga druku cały kontynent ożył towarzysko, cywilizacyjnie. Zrobiło się jakby czyściej, jaśniej, wydaje się, że słońce świeciło intensywniej niż 100 lat wcześniej. Do czarnej ospy doszła też dżuma i choroby weneryczne przyniesione przez zdobywców Ameryki, jednak miłość kwitła. Stała się nieco inna niż ta średniowieczna, nie trzeba było już zabijać smoków by zdobyć serce wybranki. Z jednej strony ciężkie to były czasy. Małżonków wybierali rodzice, były pewne miłosne konwenanse. Któż jednak nie zna najbardziej romantycznej historii świata, o miłości dwojga zakazanych kochanków Werony. Niby dwoje smarkaczy ( jak to kiedyś mądra koleżanka Ola powiedziała- "Oboje są bardzo ale to bardzo nieletni. Aby obejrzeć ekranizację swojej historii potrzebowaliby zgody rodziców.") a jednak swoją wzajemną miłością, romantyzmem i poświęceniem zafascynowali na długie wieku cały świat. Julia nie bała się, że Romeo zostawi ją dla innej pięknej włoszki. Czy to nie było piękne... taka miłość, wierność, wspólne pokonywanie problemów ( chociaż nie radzę nikomu pokonywać problemów w sposób, jaki to opisany był w końcowym akcie tego dramatu). O Renesansie i tamtejszej miłości można by pisać bardzo dużo. Można by dołączyć hipotetyczną historię uczucia jakie darzyli do siebie Cezar i Lukrecja Borgiowie, oraz wiele innych...Teraz jednak czas na kolejne epoki. XIX wiek, epoka wielkich powstań, rewolucji, ludów różnych krajów Europy wznoszących barykady. Zdarzali się tu mężczyźni, których spotkania nie życzyłabym żadnej marzącej o szczęśliwej miłości niewieście. Sam Napoleon zostawił swą ukochaną dla innej bo taka była konieczność, albo rosyjski Casanowa Rasputin. Miłość w tych czasach była trudna. Mieszała się z ciężką sytuacją polityczną. Trzeba było zajmować się walką o kraj, a nie romantyzmem kierowanym do kobiety. Były oczywiście nieszczęsne niedojdy, pokroju młodego Wertera, które zamiast ratować naród i ojczyznę płakały w altankach nad ostatnim listem od ukochanej, w którym wyjaśnia delikatnie, że chce się pozbyć psychopaty. Jednak i tu zdarzała się jakaś szczęśliwa miłość.. tylko akurat nie pamiętam jaka:P Wiek XX był wiekiem jeszcze cięższym jeśli chodzi o uczucia. Były budowane na tęsknocie kobiet do ich mężczyzn życia, wysłanych na fronty. Ewa Braun tęskniła za swym Hitlerkiem Adolfem, ślepo myśląc, że dyktator ma jeszcze w swym sercu miejsce dla jakiejkolwiek kobiety. Żołnierze w mundurach zawsze trzymali zdjęcie swojej pani, żeby mieć motywację do nie poddania się wrogowi, by wrócić do domu po wojnie. No cóż..co nie zabije to wzmocni, wiec sądzę, że takie uczucie było naprawdę silne. W czasach PRL-u pozostawała już tylko miłość, jak wódka była na kartki, a w sklepach sam ocet, a polityka w kraju była jednym wielkim absurdem. W kolejności, po XX przychodzi wiek XXI. Czy miłość dalej ewoluowała, zmieniając swój charakter? Czy może jest sumą wszystkich przykładów miłości światowych epok...czy jest lepsza niż w ponurych wiekach średnich?
Tagi: miłość
skomentuj (0)
2007-11-07 20:51:48
Wyższość Syriusza nad innymi gwiazdami
W dzień taki jak dzis, zimny, mokry, rano śniegowo-deszczowy, teraz deszczowo-deszczowy, wietrzny, można podnieść wzrok ku niebiosom i zobaczyć ciemne obłoki zakrywające czystą granatowosć nocnego nieba.
Są różne rodzaje myśli jakie mogą się nasunąć w takim wypadku. Moja powędrowała w kierunku ciał niebieskich, a konkretnie jednego, jakim jest Syriusz (znany także jako Psia Gwiazda oraz α CMa). Gwiazda ta ma swoje ogromne dla ludzkości znaczenie.
Nie dlatego że jest jedną z najjaśniejszych gwiazd na nocnym niebie, nie dlatego że jej odległość od Układu Słonecznego wynosi około 8,6 lat świetlnych, czyli na te warunki dośc bliska. Nie dlatego że widać go doskonale na całej kuli ziemskiej,a czasami nawet w ciągu dnia.
Gwiazda ta ma swoje o wiele wiele większe znaczenie. Znajduje się ona powiem w gwiazdozbiorze psa... do którego słońce wchodzi 22 czerwca, a wychodzi dopiero 23 sierpnia. Mało komu Syriusz kiojarzy się z tymże wspaniałym czasem, za którym się tęskni cały rok.
A jednak... bardziej wtajemniczonym kojarzy się z wakacjami. Czas kanikułów- słowo to miło kojarzy się nie tylko rosjanom, ponieważ określa ten błogi czas w ich słowniku. Słowo to znane było już w starożytności, dokładniej w basenie Morza Sródziemnego. Okres kanikułów to czas, kiedy
Canicula ( po łacinie oznaczająca pieska), czyli Psia Gwiazda Syriusz zaczyna zbliżać się do Ziemi nieubłaganie powodując upały trwające 2 miesiące (teoretycznie...). Jest to specyficzny okres opóźnienia umysłowego i lenistwa. W nowożytności uważano, że zbliżanie się Syriusza do ciemi powoduje choroby, szczególnie szaleństwo!
Spowodowane jest ono upałami i specyficzną atmosferą, sprzyja popadaniu w najgroźniejsze postradanie zmysłów wszechczasów, czyli romansom. Nie ma się co dziwić, że był to dla ludzi ciężki czas. Jednak dzieci już w XVII wiecznym Gdańsku wiedziały co dobre i Psich Dni wyczekiwały cały rok, wtedy mogły się bawić dowoli.
Postulowałabym o to, żeby Psia Gwiazda zawsze była w odległości możliwie najbliższej od Ziemi i nie oddalała się w ogóle. W nowożytnym Gdańsku upalne dni mogły niektórych prrzerażać, smród stawał się większy i bardziej intensywny. Paniom zaczynało być gorąco w długich spódnicach ze stelażami fiszbinowymi, a i pewnie pchły mocniej doskwierały człowiekowi.
Na szczęscie w XXI wiecznym Gdańsku nie ma już takich problemów. Ale co zrobić, czasu ani Syriusza się nie zatrzyma, pozostaje nam wchodzić w porę zimową i pocieszać się że w nowożytnym Gdańsku mieli o tej porze gorzej, bo nie mieli centralnego ogrzewania w każdym pokoju i ciepłej wody prosto z kranu i to na dodatek bieżącej..
skomentuj (0)
2007-01-27 21:55:25
Mgła i wrzosy
Gdyby tak wygrać X zł w totka, na co by to wydać? Dużo ludzi wyjechałoby na Karaiby, kupiło sportowe auto na paliwo rakietowe z radarem samochodów policyjnych w obrębie 5km. Cóż...może zdarzyliby się i takie, nadwrażliwe osoby, które w popłochu zakopałyby wygraną w wielkim drewnianym kufrze głęboko pod poziomem powierzchni ziemi, sporządziły mapę z dużym czarnym krzyżykiem i wieloma zagadkami poczym by umarły z owym kawałkiem papieru schowanym w tajnej kieszonce w bokserkach z wełny. A co, jakby tak kupić wielki, stary, kamienny zamek gdzieś w Irlandii? Ja wiem, że teraz kraj ten kojarzy się głównie z miejscem zarobku na budowie, w hotelach, kawiarniach, pizzeriach i innych miejscach, do których łatwo w miarę się dostać. Wiem, że ludzie jadąc tam nie zdają sobie nawet sprawy co to dokładnie za środowisko, nie myślą o małych skrzatach biegających z flecikami po polach w wielkich zielonych kapeluszach, o tych milionach owiec, które codziennie widzą tego typu zjawiska pałaszując sobie spokojnie koniczynę. Nie myślą też o celtyckich dawnych świętych miejscach, lasach dębowych do których pędzili druidzi z małymi świętymi sierpami by zyskać świętą i magiczną jemiołę do tworzenia eliksirów i wywarów, celtyckich oczywiście. A może w Szkocji ten zamek? O tak, wielka stara budowla, z 4 wieżami, 50 komnatami, wielkim kominkiem, starymi żyrandolami wiszącymi na żelaznych łańcuchach, gobelinami ocieplającymi i zdobiącymi ściany, portretami dawnych właścicieli z okresów świetności zamku. Nawet z lochami w których niegdyś przetrzymywano masowo ogromne ilości ociekających rubinowym płynem...beczek wina. Już czuję ten klimat, bezkresne pola porośnięte fioletowym wrzosem, wiatr hulający po tej wielkiej, lekko pofałdowanej przestrzeni, mgła, ciemne chmury wiszące na nieboskłonie. Zamek by stał nieopodal wielkiego jeziora, może być Loch Ness, świadomość istnienia potwora czającego się w jego głębinach jeszcze bardziej podkreśla atmosferę. Przez starą, gotycką bramę wchodziłoby się na podwórze, dziedziniec z kamienną fontanną na środku. Wejścia strzegłyby dwa kamienne gargulce. Pełno tajemnych przejść, zakamarków, sypialnia z wielkim łożem z baldachimem. W dawnych lochach może być basen zdobiony kamienną mozaiką uformowaną w sceny z życia rycerzy i smoków koniecznie. Przesiadywałabym w tym zamku przez całe wakacje, oczywiście z dwoma wielkimi owczarkami szkockimi, które uwielbiałyby biegać po wrzosowiskach. W typowo angielską mokrą, deszczową i wietrzną pogodę siedziałabym przed kominkiem na wielkim masywnym ciężkim miękkim wysokim fotelu i czytała powieści kryminalne. Zawsze można by było wsiąść w terenowe autko i podjechać do najbliższego pubu znajdującego się jakieś 3,11 mil od zamku. Wypić ze dwa kufelki prawdziwego szkockiego piwka słuchając szkockiej muzyki i grając w gry planszowe. Potem pojawiłaby się tajemnica zamku, wielka zagadka, którą należałoby rozwiązać. Jakaś tajemnica ukrywana od wieków w murach zamczyska i nie wyjaśniona nigdy wcześniej. Do odgadnięcia jej trzeba by przewertować tomy wielkich ksiąg zrobionych ze starego, grubego pożółkłego już papieru w skórzanych oprawach, od wieków nie otwieranych.
I czy to nie byłoby fajne? Nie fajnie byłoby tak siedzieć w zimnym zamku z tradycjami jeszcze z czasów rycerzy, smoków i lordów, tajemniczych ogrodów z małymi drzwiczkami ukrytymi w murach pokrytych bluszczem? Kto wie, może dobrze patrząc, zobaczyłoby się małych hobbitów lecących za swoim pierścieniem. A może latające śnieżne sowy? No czy taki zamek nie byłby fajny?
skomentuj (5)



